Piękna pogoda za oknem u mnie, trochę chmur ale i tak ciepło Jadę
dzisiaj w pobliskie gory, odwiedzic wodospad La Veguilla, w okolicach
miejscowosci Ademuz. Jedziemy DreamTeamem z Pablo, Karo i Patrycja
Będziemy tam nocowac, i jestem bardzo
rozemocjonowana :-) życie jest piękne!
Ruszylismy o 11. Jechalismy 2 godziny, a potem rozpoczelismy wedrowke. Przechodzilismy pod wielkimi mostami kierujac sie wciaz rzeka. Jednak do punktu startowego naszej wyprawy dottarlismy okolo godziny 17, poniewaz jak sie okazalo przespacerowalismy sie piekna droga, ale nie ta... xD
Jednak taka ekipa niczym sie nie wzruszyla i zadowoleni ruszylismy dalej. Tutaj widoki byly juz zniewalajace, szlismy kanionem miedzy zolto-pomaranczowymi gorami. Swiatlo podczas zachodu slonca pieknie gralo miedzy liscmi drzew, a pobliski strumyk kojaco szumial.
Nocowalismy w pieknym miejscu... urzadzilismy sobie mala fieste przed snem wiec bylo nam cieplo. Rano się spieralismy która godzina, bo Pablowi się automatycznie w tel zmieniła, bo miał internet xD dowiedzialam sie ze bezczelnie chrapalam, co rozbawilo Karo, ktora smiechem obudzila caly namiot. No poza mna... xD
Ruszylismy w gore rzeki. Mijalismy coraz piekniejsze wodospady, spiewaly ptaki, mielismy wysmienite humory. Przy La Vaguuilla zrobilismy piknik i posileni ruszylismy do Fito (auto Pablo), aby wrocic do domu.
Estabamos en Ademuz con Jezalinka!
Przygody Magdaleny Obłąk w Walencji podczas Erasmusa w semestrze letnim 2013/2014 Aventuras de Magdalena Obłąk en Valencia durante Erasmus en el semestre de verano 2013/2014
poniedziałek, 31 marca 2014
03.27 Impreza na dachu
Ugotowalam sos pieczarkowy i placki ziemniaczane na wieczór. Lecimy z Agata na impreze na dachu do Muz!
Jezu. Trzecia noc z rzędu kładę się tak bardzo w nocy (jest 3, właśnie wróciłam z imprezy na dachu). Dobranoc
Jezu. Trzecia noc z rzędu kładę się tak bardzo w nocy (jest 3, właśnie wróciłam z imprezy na dachu). Dobranoc
03.25 Bede postem o polskim eurodinerze
Bartek zdiagnozowal u mnie niedobor witaminy B wiec odtad zmieniam diete. i dzisiaj od rana zafundowalam sobie bomby B2. Przeczytałam ile jej jest w platkach kukurydzianych, blonniku, platkach owsianych, szpinaku i wcinam. I moze to psychicznie zadzialalo, ale czuje się lepiej i się na zajęciach zaczęłam skupiać i ogarniam. A moze to przez to, że dotarlo do mnie, że sama musze ogarniac swoje sprawy, aby spotkać fajnych i ogarniajacych ludzi..?
Po imprezie Wróciłam do domu 4:30 xD Był plan z 3 już znajomych pojechać dzisiaj stopem do Andaluzji ale chyba odpuszcze xD
03.23 Niedziela na plazy

Nastepnie umowilam sie z Polakami na plazy, aby pograc w siatkowke. Dobrze, ze sie z nimi spotkalam. Kto by sie spodziewal, ze sprzedadza mi tyle istotnych informacji. Znalazlam partnerow do autostopowiania, dowiedzialam sie, ze jak sie kupi bilety pociagowe z 2 tyg wuprzedzeniem to sa o polowe tansze i wgle moj swiat sie zmienil.
Na koniec rozlozylam sie z rowerem i ksiazkami i odrobilam w sloncu prace domowa...
Bede postem o Chulilli
Pojechalismy samochodem ze znajomym Hiszpanem i moimi 3
zaprzyjaznionymi Muzami. Była gitara. Był cudowny i wilki kanion. Było pięknie. Byl nawet wiszacy most! Spotkalismy wspinaczy, zrobilismy piknik. W drodze powrotnej szlismy w strone teczy... Odwiedzilismy zamek, gdzie Pablo, Karo i Diana medytowali, a my z Patrycja rozmawialysmy. Było
cudownie.
A poki co link do zdjec z Chulilla na fb
A poki co link do zdjec z Chulilla na fb
Fallas
Fallas rozpoczelo sie 1 marca z samego rana. Obudzila mnie parada z okierstra na czele. Zaczelo sie niewinnie- lazili po ulicy z bebnem i jakąś trąbka, puszczając petardy. Jednak jesli takie Parady trwaja nie jeden dzien, a trzy tygodnie robi sie to nieco uciazliwe. Wszedzie jest głośno od petard, codziennie jest macleta w południe i w
nocy- głośne petardy i w nocy jeszcze fajerwerki. Jej.
Czadzik. Tyle się dzieje!Fallas jest ogromna impreza. W Walencji moze nie byc kasy na inne wydarzenia, ale Fallas jest zawsze robione z pompa. Jest to polaczenie naszych odpustow, swieta wszystkich zmarlych (takie tlumy), dozynek i koncertow w jedno. I jeszcze trwajace 3 tygodnie. Na ulicach otwieraja sie skrepy z petardami i fajerwerskami oraz churroserie jak grzyby po deszczu. W churroseriach mozna kupic za 6 euro churrosy z czekolada, albo specjalnie na Fallas, Boñuelos z cukrem. Natomiast w fajerwerki zaopatruja sie absolutnie wszyscy. Nawet dwuroczne dzieci rzucaja diabelki przechodnia pod nogi.
Fallas jest takie z przepychem! Te rzeźby są przepiękne, są robione z takich materiałów ktore plona i maja rozne wielkosci od takich wysokosci czlowieka do takich siegajacych piatego pietra. Zazwyczaj sa satyryczne. Tegoroczne wygrane Falla bylo na placu Pillar. Byl to wiking z pania jakby z Moulin Rouge. Petardy podczasjego palenia byly niesamowite.
Przygotowania do głównej części fallas idą pełną parą Poubieranych ulic przybywa!
Z Bartkiem sporo podrozowalismy wiec zobaczylismy tez Falla w Palmarze i Pucol. Jednak tam sa one z mniejszym przepychem.
Teraz 29 marca bedzie mlodszy brat festiwal Magdalenas w Castellon.
link do zdjec z Fallas na fb
Bede postem o Vic
Byliśmy dzisiaj na uniwersytecie Vic, na ktorym mialam studiowac. Pogadalismy z koordynatorka Erasmusa i dowiedzialam sie kupy interesujacych rzeczy.
Cudna atmosfera jest w Vic. I odpisala nam Patrycja z Couchsurfingu więc wlasnnie siedzimy na piwie i gadamy sobie o Vic. Jejku. Cudne jest to miasteczko!!!!
A poki co link do zdjec do albumu na fb Hiszpania z Bartkiem
Cudna atmosfera jest w Vic. I odpisala nam Patrycja z Couchsurfingu więc wlasnnie siedzimy na piwie i gadamy sobie o Vic. Jejku. Cudne jest to miasteczko!!!!
A poki co link do zdjec do albumu na fb Hiszpania z Bartkiem
Bede postem o Bcn
Przegonilismy się z Bartkiem po Bcn i wieczorem usnelismy na kanapie w salonie w hostelu. xD Jutro rano jedziemy pociągiem do Vic
czwartek, 13 marca 2014
03.12 przyjazd Bartka i noc na komisariacie
Przyjazd Bartka, podróż do Bcn za 6 euro i noc na komisariacie...
Pisze do Was o północy z komisariatu policji w El Vandrell!
O 16 wyjechałam stopem z Walencji. Jak pisałam wcześniej ma to do siebie że gwałtownie się kończy xD czyli zaraz za przejsciem dla pieszych na rondzie na ul Catalunya dołącza droga szybkiego ruchu i robi się autostrada Uczę się, że należy stanąć nie tylko w tam gdzie jest miejsce, ale też tam gdzie auta jadą wolniej, nawet kosztem ilości samochodów czyli w tym wypadku ustawienia się przed autostrada na drodze tylko z Val Tak złapałam stopa w deszczu po pół godzinie Dwóch gości z Boliwii jedzie prosto do Bcn- genialnie :-) po 3 h drogi Bartek zadzwonił że wylądował i że jedzie do hostelu Moi przemili kierowcy natomiast zatrzymali się 80 km przed celem na "chwilke" na mecz, no bo BCN gra! O nie, co to to nie Chłopak na mnie czeka :-P i o 21 wyszłam z baru i próbowałam stopowac w nocy... 15 km przejechalam w. .. Godzinę Autostop na dzisiaj się w takim razie wyczerpal Zimno, ciemno i coraz mniej samochodow Poprosiłam wiec o podwiezienie do pociągu Na dworcu wyhaczylam gościa z telefonem więc pewnie i z internetem Sprawdził rozklad i wyobrazcie sobie że utknelam w El Vendrell! Żadnego połączenia więcej... Zrozpaczona zatrzymalam radiowóz policji aby zapytać o rade No, poczekac na pierwszy pociag o 6 O rety, nie taki był plan Po 10 min rozmowy (po hiszpańsku z tej rozpaczy nie miałam większych problemów) poddalam się i zapytałam o jakiś nocleg No oni w mieście nie mają wielu opcji Hotel gdzie nocleg kosztuje koło 50 euro to jedyną opcja Really?! No possible! Jejku jejku co robić?! Jak już się zdecydowałam pojechać rano to chciałabym znaleźć jakieś miejsce ciepłe i czyste do spania... Mówię policjantom że mnie nie stać i rozkladam bezradnie ręce Gadaja miedzy sobą i proponują, że mogą mi zaoferować celę xD dopytuje się czy aby nic nie pokrecilam, celę? No cela- pokój 1 osobowy z łazienka za darmo w końcu Hahaha No dobra! Ale się Bartek zesmuci ale też pęknie ze śmiechu Już słyszę rozdraznione moimi wojazami głosy rodziców i ich zdumienie kiedy przychodze w relacji do części o celi Ci to mają ze mną los Ale też nie każdy rodzic moze się pochwalić że jego córka na Erasmusie noc spędziła na komisariacie xD
instaluje się w moim apartamencie W sumie to te warunki są spoko Takie harcerskie więc dla mnie zupelnie odpowiednie :-P Dobrze że wzięłam dla Bartka obiad- tyle że mnie się teraz przyda bardziej Podgrzewam go w mikrofali i ucinam sobie pogawędkę z Sara
***
Próbuje zrozumieć cos z tego o czym gadaja podczas interwencji przez krotkofalowki Już sobie pomyślałam że nic nie umiem z tego hiszp skoro nic nie entiendo, ale Sara zdziwiona odpowiedziała mi że przecież oni gadaja po katalonsku Okazało się że uczy się angielskiego więc starałam się jakoś ją zagadac po ang Potem zeszlysmy na temat gramatyki i czasów Och, nie przypuszczalam że będę tłumaczyć gramatyke angielska po hiszpansku i w dodatku nie znając gramatyki hiszpańskiej! Przy okazji więc poduczylam się czasów przeszlych (jak mi policjanci wytlumaczyli Hiszpanie mają 3 czasy przeszle- perfecto z -ado, drugi w pierwszej osobie odmienia się -é i trzeci to gerundio I esta Tylko 3 i to inne niż indefinido i imperfecto, ha! Miguel, gdzie jest ta wiedza która starales się mi wlac do głowy?! Oni nie wiedza jakie czasy przeszłe mają... Posmialismy się, pogadalismy o kulturze hiszpańskiej Zabili mnie pytając się o ulubionego hiszpanskiego muzyka/ Zespół Bo kogo ją Znam,,, eee, Shakira, Endrique Iglesias i tego od czarnej koszuli (tengo la camisa negra) Trzeba będzie nad tym popracować jak juz będę mieć gitare xD w końcu 2:30 polozylam się utulona głosami z krotkofalowki Obudził mnie mij ulubiony policjant o 6 No prosze, i budzenie miałam w pakiecie :-) ubralam się, podziekowalam, wysciskalam, wymienilam kontaktami i pociągiem za 6,15 ruszylam do Bartka Piekny wschód slonca za oknem...
Miało być byle do Tarragony a potem to już z głowy A tu właśnie w tym potem utknelam Jednak noc na komisariacie uważam za udaną Jeszcze nigdy nie bylam w celi, a w sumie lepiej w takiej roli xD byłam baaardzo bezpieczna otoczona kilkoma policjantami A pracownicy okazali się super sympatyczni Przekonalam się o tym co ostatnio obejrzalam w filmiku na yt Języka obcego da się nauczyć w pół roku Trzeba tylko mieć realna potrzebe Kiedy jedyną droga komunikacji dla mnie okazał się hiszpański nagle pamietalam słówka, zapamietywalam nowe i nawet zaczęłam uzywac czasów przeszlych :-) miałam też okazje na przemyślenia za moimi 4 kratami i obiecalam sobie nigdy więcej podróży stopem po nocy.
poniedziałek, 10 marca 2014
03.10 Poniedziałek- Zaliczenia i Mariel
Wszystko jest na hasta las Fallas. Wczoraj do nocy
pracowałam nad prezentacją z cyklu życia na wtorek, a już od dzisiejszego rana
pracowałam nad assignmentem na piątek na ten sam przedmiot. Jejku, zupełnie nie
wiedziałam jak to zrobić, więc po zajęciach o 14 zostałam na uczelni i pisałam
póki nie skończyłam, czyli do… 18?! Ale późno!
Umówiłam się z Marielą- przyjaciółką Oli z Granady na
wspólne wyjście na Horchatę. W te pędy zwinęłam się na obiad na winie do domu
(co się nawinie to na patelnię). Horchata
pequena za 1,70 e to tradycyjny walencjański
napój z suszonych owoców, które rosną tylko tutaj. Jest słodki, o konsystencji mleka.
Macza się w nim ciastka fartons caseros (domowej roboty) za mniej niż euro. Smakuje razem wyśmienicie!
Ten napój zagości w mojej diecie na stałe… Mmmm. :)
Razem z Marielą i jej walencjańskim przewodnikiem
Juanem przespacerowaliśmy się po Benimaclet. Kiedyś było to miasteczko
sąsiadujące z Walencją, obecnie zostało wchłonięte przez nie jako dzielnica. Urzekła
mnie ta okolica. Do tej pory kojarzyłam Benimaclet z miejscem zamieszkania
studentów, a tutaj takie zakamarki śliczne odkrywamy. W tej dzielnicy
zobaczyliśmy pierwsze fallas. Jejku, to jest gigantyczne i kolorowe.
Przypominało mi trochę ołtarz w kościele (akurat trafiliśmy na parodię nieba i
piekła) tylko bardziej optymistyczny. Artyści którzy budują fallas to
fallersowie. Cudne są te nieziemskie wręcz budowle!
Ale wracając do przyziemnych spraw- Juan pokazał nam
schowany tapas bar w którym do piwa gratis jest tapas czyli za 1,40 można sobie
spokojnie zjeść kanapkę z napojem. To takie miejsca istnieją jednak w Walencji,
a nie tylko w Granadzie! W drodze do centrum pokazał nam kolejnych kilka takich
barów więc już teraz mam pewność, że z głodu i lenistwa nie umrę. :)
W centrum poszłyśmy z Marielą na plac ratuszowy, na
którym o 14 i 2 w nocy są maclety- czyli strzelanie petardami. Ważne- macletę
warto słyszeć, a nie widzieć. To znaczy, że na placu są w tych godzinach
prawdziwe tłu-my i wszyscy chcą się pchać ,aby zobaczyć ten dym z rakiet
jeszcze bardziej, a tu chodzi o te wystrzały, rozumiecie? Bo ja nie i na
macletę pójdę tylko po to, aby pokazać ją Bartkowi. Kontemplowałyśmy z Marielą nad
churrosami tylko takimi innymi, z dyni, które są specjałem walencjańskim z
okazji Fallas. Za 7 szt. w centrum zapłaciłyśmy 3 eura.
Juan nas odwiózł i jeszcze naprawił mi hamulce w rowerze,
więc teraz mogę się już porządnie rozpędzać na moim rumaku.
Ach jaki cudny dzień! Znów nieoczekiwane okazało się
upragnionym. Potrzebowałam kogoś takiego jak Mariela, kogoś kto by mnie po
prostu wyciągnął mimo wymówek na tapasy, gadanie, podziwianie miasta, tak po
prostu aby zacząć się w nim zakochiwać…
Będę postem o wyprawie na Albuferę
Muzy z Pablo ruszyly autobusem o 13 nad jezioro Ambufera, ktore ja postanowilam sobie zdobyc rowerem.
20 km do jeziorka Albufera... ostatecznie zamienilo sie w wyprawe 60 km, poniewaz objechalam jezioro Albufera dookola. Bardzo fajna, chociaż nieplanowana. Rower się spisal bardzo dobrze.
A cel na przyszlosc to przyrzadzic karczochy. Oto przepis Diany:
" Dwa karczochy przed ugotowaniem w wodzie (+sól i sok z cytryny) i podaniem z sosem musztardowo-jogurtowym z dżemem pomarańczowym i curry.
Wybierz małe i zamknięte, takie są młodsze, smaczniejsze i się szybciej gotują. Od karczocha przed gotowaniem trzeba odkroić sporo od tych liści, ok. 2 cm. W zasadzie tak, by był mniej ciemno-zielony.
Na oko dodawałam składniki do sosu i mieszałam po prostu na zimno, osobno. A osobno gotowały się karczochy w osolonej wodzie z sokiem z jednej cytryny, dość długo się gotowały."
20 km do jeziorka Albufera... ostatecznie zamienilo sie w wyprawe 60 km, poniewaz objechalam jezioro Albufera dookola. Bardzo fajna, chociaż nieplanowana. Rower się spisal bardzo dobrze.
A cel na przyszlosc to przyrzadzic karczochy. Oto przepis Diany:
" Dwa karczochy przed ugotowaniem w wodzie (+sól i sok z cytryny) i podaniem z sosem musztardowo-jogurtowym z dżemem pomarańczowym i curry.
Wybierz małe i zamknięte, takie są młodsze, smaczniejsze i się szybciej gotują. Od karczocha przed gotowaniem trzeba odkroić sporo od tych liści, ok. 2 cm. W zasadzie tak, by był mniej ciemno-zielony.
Na oko dodawałam składniki do sosu i mieszałam po prostu na zimno, osobno. A osobno gotowały się karczochy w osolonej wodzie z sokiem z jednej cytryny, dość długo się gotowały."
Będę postem o omlecie
Omlet to moje ulubione danie na cieplo- jesli mam je robic. Dlaczego? A poniewaz robi sie je natychmiast a jest sycace i wyglada niezle.
Skladniki na 1 omlet:
2 jajka
lyzka maki
przyprawy
troche oleju
dodatki np. ser z szynka i warzywami, albo dzem.
Przygotowanie:
Szykuje mala miseczke, widelec, patelnie z pokrywka i lopatke. Do miseczki wbijam 2 jajka i lyzke maki. Dodaje soli (jesli bedzie piokantny to innych przypraw) i mieszam. Rozgrzewam patelnie, smaruje ja olejem, wylewam mase i smaze pod przykryciem. Zazwyczaj wystrcza smazenie z jednej strony ale w razie potrzeby przerzuccie na druga strone. Jesli robicie omleta pikantnego to jak zrobi sie brazowy to ten moment na dodanie sera i innych dodatkow aby sie ladnie sciagnal pod przykryciem.
Skladniki na 1 omlet:
2 jajka
lyzka maki
przyprawy
troche oleju
dodatki np. ser z szynka i warzywami, albo dzem.
Przygotowanie:
Szykuje mala miseczke, widelec, patelnie z pokrywka i lopatke. Do miseczki wbijam 2 jajka i lyzke maki. Dodaje soli (jesli bedzie piokantny to innych przypraw) i mieszam. Rozgrzewam patelnie, smaruje ja olejem, wylewam mase i smaze pod przykryciem. Zazwyczaj wystrcza smazenie z jednej strony ale w razie potrzeby przerzuccie na druga strone. Jesli robicie omleta pikantnego to jak zrobi sie brazowy to ten moment na dodanie sera i innych dodatkow aby sie ladnie sciagnal pod przykryciem.
03.07 Burito
Przepis na nalesniki na burito (10 sztuk):
Skladniki:
• 150 g mąki
• 2 jajka
• 250 ml mleka
• sol
• woda
• olej do smażenia
Przygotowanie:
Naszykowac miske, widelec, patelnie, drewniana lopatke. Do miski wsypac make, mleko i sól. Wymerdac widelcem, dodac jajka i rozwazyc dalanie odrobiny (ok 3 lyzek) oleju do ciasta. Po ponownym wymieszaniu przykryć i zostawić na pol godziny. Przed samym smażeniem dodać wodę, aby uzyskać konsystencję mleka (ok. 1/2 szklanki) i ewentualne przyprawy. Rozgrzac patelnie, posmarowac cienka (!) warstwa oleju i smaaaazyc przy otwartym oknie. xD


Burito warzywne:
Na patelni zeszklic cebule z czosnkiem, dodac papryke, salate i to co sie ma z warzyw w lodowce.
Pol nalesnika posmarowac majonezem i ketchupem, nalozyc nadzienie burito, dolozyc ciut salaty i zwinac. Najpierw zawinac do srodka dol, a potem zrolowac.
Reszte nalesnikow ktora Ci zostanie zjesc z nutella i miodem. :)
P.S.
Dostalam dzisiaj stypendium!!! :)))
Skladniki:
• 150 g mąki
• 2 jajka
• 250 ml mleka
• sol
• woda
• olej do smażenia
Przygotowanie:
Naszykowac miske, widelec, patelnie, drewniana lopatke. Do miski wsypac make, mleko i sól. Wymerdac widelcem, dodac jajka i rozwazyc dalanie odrobiny (ok 3 lyzek) oleju do ciasta. Po ponownym wymieszaniu przykryć i zostawić na pol godziny. Przed samym smażeniem dodać wodę, aby uzyskać konsystencję mleka (ok. 1/2 szklanki) i ewentualne przyprawy. Rozgrzac patelnie, posmarowac cienka (!) warstwa oleju i smaaaazyc przy otwartym oknie. xD


Burito warzywne:
Na patelni zeszklic cebule z czosnkiem, dodac papryke, salate i to co sie ma z warzyw w lodowce.
Pol nalesnika posmarowac majonezem i ketchupem, nalozyc nadzienie burito, dolozyc ciut salaty i zwinac. Najpierw zawinac do srodka dol, a potem zrolowac.
Reszte nalesnikow ktora Ci zostanie zjesc z nutella i miodem. :)
P.S.
Dostalam dzisiaj stypendium!!! :)))
Lations Bailes
Byłam na tańcach latynowskich... Cudownie było! Moze to droga aby się nauczyć hiszpanskiego?
Byly to zajecia na politechnice. Prowadzil je sympatyczny facet kolo 30. Byly troche po ang i troche po hiszpansku. Co ciekawe byl deficyt dziewczyn!
Byłam tez na latino z mojej uczelni. Jedyne zajęcia jakie są sa w piatki wieczorem i kobitka mówiła po hiszpanksku nazwe figury w trakcie jej robienia. Nie nadazalam i się tylko wsciekalam. W ciągu 1,5h mieliśmy trzy rozne tańce, więc jak nareszcie zalapalam kroki to właśnie zmieniała taniec... Srednia wieku grupy wynosila 60, bylo raptem 6 osob i kobitka jakas taka straszna. Poza tym co ma wspolnego czacza z tancami latyno? Nie pojde na nie wiecej.
Ostatnia moja dotychczasowa proba z tancami latynoskimi byly zajecia z UV w poniedzialki. Grupa liczy okolo 25 osob, prowadzi je energiczna kobitka. Niestety po pierwszym semestrze maja taki poziom, ze wgle nie ogarniam co prowadzaca mowi. A akurat te zajecia bylyby cudowne, bo jest duzo mlodych ludzi i wymagajaca prowadzaca...
Na UPV czyli politechnice karta dla ich studentow kosztuje 40 euro i mozesz bezceremonialnie chodzic na wszystko. Natomiast na moim UV karta na jedne zajecia kosztuje 20 e. Warunki na UPV sa duzo lepsze- mikrofony, lustra, nowy budynek, mlodzi instruktorzy i chyba przez te karty na wszystko jest tak duzo osob! ale aby oficjalnie sie na nie zapisac musialabym zaplacic 240 euro za semestr, poniewaz nie jestem ich studentka.
Natomiast na UV... stare pomieszczenia, malutkie grupy, malo facetow i jakos malo mlodych i uczestnikow i instruktorow. wiec poki co zajecia z salsy zawieszam.
W sobote wyprobuje klub Azucar, gdzie są latino imprezy, a w srody klub Carraibeen, gdzie sa darmowe lekcje z salsy, a potem impreza.
Byly to zajecia na politechnice. Prowadzil je sympatyczny facet kolo 30. Byly troche po ang i troche po hiszpansku. Co ciekawe byl deficyt dziewczyn!
Byłam tez na latino z mojej uczelni. Jedyne zajęcia jakie są sa w piatki wieczorem i kobitka mówiła po hiszpanksku nazwe figury w trakcie jej robienia. Nie nadazalam i się tylko wsciekalam. W ciągu 1,5h mieliśmy trzy rozne tańce, więc jak nareszcie zalapalam kroki to właśnie zmieniała taniec... Srednia wieku grupy wynosila 60, bylo raptem 6 osob i kobitka jakas taka straszna. Poza tym co ma wspolnego czacza z tancami latyno? Nie pojde na nie wiecej.
Ostatnia moja dotychczasowa proba z tancami latynoskimi byly zajecia z UV w poniedzialki. Grupa liczy okolo 25 osob, prowadzi je energiczna kobitka. Niestety po pierwszym semestrze maja taki poziom, ze wgle nie ogarniam co prowadzaca mowi. A akurat te zajecia bylyby cudowne, bo jest duzo mlodych ludzi i wymagajaca prowadzaca...
Na UPV czyli politechnice karta dla ich studentow kosztuje 40 euro i mozesz bezceremonialnie chodzic na wszystko. Natomiast na moim UV karta na jedne zajecia kosztuje 20 e. Warunki na UPV sa duzo lepsze- mikrofony, lustra, nowy budynek, mlodzi instruktorzy i chyba przez te karty na wszystko jest tak duzo osob! ale aby oficjalnie sie na nie zapisac musialabym zaplacic 240 euro za semestr, poniewaz nie jestem ich studentka.
Natomiast na UV... stare pomieszczenia, malutkie grupy, malo facetow i jakos malo mlodych i uczestnikow i instruktorow. wiec poki co zajecia z salsy zawieszam.
W sobote wyprobuje klub Azucar, gdzie są latino imprezy, a w srody klub Carraibeen, gdzie sa darmowe lekcje z salsy, a potem impreza.
03.02- Jeżdżę rowerem po balkonie z Arrowem xD i 03.04 Placki ziemniaczane party
Jeeeej. Skończyłam pierwszy sezon Arrow.
Whooooaaah. Baaaardzo mi się ten serial podoba! Już Hugo poprosiłam o
drugi sezon na niedzielę... oglądanie po ang ma moc!Wymyśliłam też coś nowego- jak oglądam serial na Zygfrydku to stawiam go sobie na rowerze stacjonarnym i jadę. Z jednej strony to dobrze, bo cwicze, a z drugiej to dobrze, bo ograniczyłam oglądanie. Tylko siedzenie mnie trochę boli... :-P
Aby nadrobic zaleglosci w spalonych kaloriach zaprosilam kilka osob z uczelni na Placki Ziemniaczane. Fajnie było...
czwartek, 27 lutego 2014
02.27 Happy Fat Thursday i 02.28 Internation Dinner

Dzisiaj zgodnie z polskim zwyczajem świętowaliśmy tłusty czwartek. Wraz ze współlokatorami zrobiliśmy pączki. Nigdy bym nie przypuszczała, że umiem zrobić takie cuda! Martwiłam się, że wyglądają bardziej jak ufo niż jak pączki, ale ostatecznie się udały. Bardzo się udały i to mój pierwszy raz! :D
Oto przepis z cenami składnik na polskie pączki bez użycia miksera i innych mało popularnych narzędzi na Erasmusie.
Składniki:
- 500 g mąki pszennej (2 euro- 5 kg)
- 230 ml mleka (1,5 e- 1 l)
- 100 g cukru
- 100 g masła (1,5 e- 250 g)
- 20 g świeżych drożdży (0,5 e- 50 g)
- 2 jajka i 1 żółtko (1,80 e- 12 szt)
- 1 łyżka wódki, w naszym wypadku Żubrówki xD
- marmolada truskawkowa (1,5 e- 300 g)
Przygotowanie ciasta:1. Topię masło i zostawiam do wystygnięcia.
2. Podgrzewam 150 ml mleka
3. Szykuję 2 miski, jedną z nich wysypuję mąką. Szykuję ściereczkę do przykrycia zaczynu.
4. Wsypuję do miski mąkę, robię na środku dołek w który wkruszam drobne drożdże. Zasypuję łyżeczką cukru i zalewam resztą mleka, tak by przykryć drożdże.
5. Dodaję podgrzane mleko, jajka, żółtko, cukier i wódkę. Ciastko wyrabiam ręcznie przez 5 min.
6. Dodaję stopione i ochłodzone masło i wyrabiam przez 10 min, aż będzie odchodzić od rąk.
7. Przekładam ciasto do miski wysypanej mąką, zakrywam je ściereczką. Odstawiam w ciepłe miejsce aż podwoi swoją objętość (myśmy czekali 1,5 h, mamy w domu 19 stopni).
Przygotowanie pączków:
8. Przygotowuję blat jako miejsce pracy i obsypuję go mąką. Znalezioną butelkę wypełniam wodą i obsypuję mąką- będzie służyć za wałek.
9. Wykładam ciasto, wygniatam je przez 3 min. Ciasto rozwałkowuję na max 2 cm wysokości. Szklanką o średnicy ok 6 cm wycinam kółka (do parzystej ilości!). nakładam po łyżeczce marmolady na środek jednego krążka, zakrywam nadzienie drugim krążkiem i zlepiam brzegi (nie ściskam za mocno). Krążki, które teraz wyglądają jak ufo rozkładam równomiernie na mące i przykrywam ściereczką. Zostawiam na 30 min do wyrośnięcia.
10. Rozgrzewam (bez pośpiechu) taką ilość olej aby pączki mogły w garnku swobodnie pływać. Przygotowuję 2 talerze i wykładam je papierem. Następnie zmniejszam ogień. W rozgrzany olej widelcem wkładam po 3-4 ufo krążki. Smażę je z obu stron, aż do uzyskania złotego koloru. Następnie widelcem odławiam pięknego pączka i odkładam do odsączenia na papier. Y esta!
Ponieważ nie mam cukru pudru jedliśmy je z nutellą... smacznego! :)
Na uczelni dzisiaj strajkowali więc byłam tylko na hiszpańskim. Coś już łapię i gadam nawet. Taki kurs na którym każdy pochodzi z innego kraju to fajna sprawa bo tylko dzięki hiszpańskiemu możecie się dogadać więc masz motywację jeśli się chcesz komunikować. No pod warunkiem, że zapomnisz na te dwie godziny o angielskim... Do sukcesów należy też zaliczyć oglądanie nowego serialu Arrow po ang z ang napisami. Jej, na prawdę dużo lepiej się ogląda. Każda mina jest wówczas istotna i intonacja głosu... to takie marnotrawstwo serialu oglądać go z napisami, a z lektorem to szkoda gadać.
Z ciekawostek wiem gdzie pompować koła w rowerze- 1 euro kosztuje ta przyjemność (na czas mierzona) na stacjach benzynowych i mają tam przejściówki do różnych wentyli. Można poprosić o pomoc obsługę. A oprócz tego w Marcadonie na zakupach pączkowych znalazłam... kapustę kiszoną. Zamierzam ją przyrządzić na jutrzejszy obiad. :) A z ciekawostek mam pytanie: jaki jest prosty sposób nagrzania w mieszkaniu? - otworzyć okna. Już nagrzałam w mieszkaniu o 2 stopnie! mamy 22,5, a na zewnątrz jest 25.
A dzisiaj do nocy przygotowywałam materiały do poniedziałkowej prezentacji dotyczący fazy snu REM. Pierwsza tutaj, pierwsza w innym języku (ang)... ciekawe co to wyjdzie...
A jutro idę na International Dinner i zrobie... Paczki vol 2 xD
28.02

Paczki się udały. Rozeszły się w 5 min. Spotkałam się na
miejscu z muzami. W mieszkaniu było że 30-40 osób, więc bylo ciasno i
głośno. Godzinę spędziliśmy na probowaniu potraw i napojów przyniesionych przez gosci z roznych stron swiata, ale potem
zaczęliśmy się... nudzic. xD Zagadywalismy różnych ludzi, a mnie zalaczylo
się komentowanie, na szczęście po polsku. Rozwinelam teorie "pokaz mi swoje buty, a powiem ci kim jestes". No i przed 2 ludzie się
zwineli (w Hiszpanii norma jest, że dyskoteki sa na friko przed 2), więc
wyszliśmy do domu. xD Odprowadzajac muzy, wpadli na mnie znajomi Niemcy z
porannych zajęć i poszliśmy na Botellona czyli na pobliski plac z piwem w ręku i
jeszcze Mar- nasza mentorka, tam była i znajomi muz i tak 2 godziny jak
widzicie mi zlecialy. Jest godzina czwarta, a ja właśnie wróciłam do domu. Fajnie było, jestem b zadowolona.
02.26 Blood donate
Zastanawiałam się czy można oddać krew w innym kraju. W Polsce np. krew mogą oddawać tylko obywatele, a w Hiszpanii...? Więc jak tylko dowiedziałam się o oddawani krwi na uczelni nie wahałam się ani chwili.Tym bardziej, że zostałam nominowana przez skautów z Anglii- konkretnie Steva do zrobienia foty w chuście, a z tydzień wcześniej Rzeczniczka ZHP Agata wrzuciła filmik z nominacją do oddania krwi. I tak pomyślałam, a pykę obie nominacje na raz i tak mam zdjęcie w chuście jak oddaję krew. Już dzień wcześniej zaczęłam dietę- warzywa, owoce i hektolitry wody. Samo oddawanie krwi zabrało z 15 min, najwięcej czasu natomiast spędziłam nad kwestionariuszem- miałam do wyboru po katylijsku lub walencjańsku... więc wybrałam mniejsze zło. Niestety w Hiszpanii nie dają czekolad. :/ Szkoda, bo trochę się nastawiłam i miałam na nią wielką ochotę. Dostałam natomiast colę i fantę. xD Nic więcej. Dla osób które nie zjadły śniadania była kanapka xD ale mam też voucher do kina- aby z niego skorzystać mialabym zaplacic 5 euro. :) Ponieważ nakarmiłam dwoje ludzi swoją krwią zrobiłam sobie dyspensę na mięso i rozpieszczałam się jedząc dziwaczne kombinacje i w dziwacznych ilościach do samego wieczoru. :)
Z wieści z Polski: moja mama załatwiła już formalności i mam w końcu podpisaną umowę z BWZ! :)
poniedziałek, 24 lutego 2014
02.24 Powrót do domu
Dzień rozpoczęłyśmy o 6. Ledwie wstałyśmy po nocnym pakowaniu. Ola wyposażyła mnie w brakujące wieszaki, dała część kosmetyków i jedzenia. Więc w sumie wracam do Walencji jak po zakupach- plecak mam wypchany do granic możliwości.
Olę razem z jej 3 najbliższymi Erasmuskami na dworzec skąd jedzie autobusem do Madrytu. Łzy, uściski... Ech, mnie też to czeka za kilka miesięcy... Jej, jak sobie pomyślę ile podczas tego semestru się może pozmieniać...
Przeszłam najdalej jak mogłam za Granadę, do drogi wylotowej. Jest to miasto, które możemy powiedzieć, ma rozległe obrzeża, więc szłam z dworca, który już w centrum nie jest, ponad godzinę. Aby tego było mało lał deszcz. Po 45 min marszu przemokły mi buty, a spodnie i rękawy kurtki ściekały wodą... Autostopu mi się zachciało, xoder! Czekam 15 min i nikt nie chce się zatrzymać.. Więc idę do przodu poszukać innego miejsca. Zajęło mi to koleje pół godziny. Obiecuje sobie, że to ostatni raz z tym autostopem.
Pierwsze auto zatrzymało się po 15 min, podwiozła mnie Pani do najbliższej większej krzyżówki- ok 2 km... Podeszłam pod górkę i zaczaiłam się na kolejnego kierowcę, który zatrzymał się po ok 10 min. Niestety znów podwiózł mnie tylko ok 5 km do krzyżówki z autostradą.
No nic... Wspięłam się na zjazd autostrady i przy zjeździe machałam, aby się ktoś zatrzymał i taką mokrą kurę zabrał. Po 10 min zatrzymał się koleś, który jechał do Armenii (miejscowość nadmorska na południe od mojej A-92). Podwiózł mnie ok 50 km do Guadix. Autostrada w pobliżu tego miasta jest położona na wysokości powyżej 1300 m.n.p.m., więc zastał nas... śnieg. Na centymetr śniegu, który spadł, jechała nawet odśnieżarka! Koleś mówił czystym kastylijskim hiszpańskim, więc coś nawet rozumiałam i ucięliśmy sobie miła rozmowę o górach.
W Gaudix zrobiłam sobie przerwę- wysuszyłam się trochę pod suszarka do rąk i ruszyłam dalej w drogę. Tym razem z Andaluzyjczykiem, więc rozmowa nie szła tak gładko, ale o dziwo dużo lepiej niż w piątek. Jestem z siebie dumna- tak jak mówiła Ola, dwa dni gadania po hiszpańsku i są postępy. Andaluzyjczyk podwiózł mnie szybciorem kolejnych 60 km do Bazy i tu już uparłam się, aby złapać bezpośrednią ciężarówkę. Miałam dość przesiadek- byłam mokra, zmarznięta, ale szczęśliwa, że jestem coraz bliżej domu.
Przedostatnim kierowcą był przewesoły Marokańczyk- Mustafa, kierowca canones, czyli owej ciężarówki. Nauczył mnie trochę słówek arabskich, piłam marokańską herbatę, jadłam marokański chleb i słuchałam ichniejszej muzyki- nawet dostałam płytę do posłuchania na potem. Fantastico! Problemem był jego kolega, który jechał drugą ciężarówką. Kolega z zepsutej ciężarówki powodował częste postoje na dolewanie wody... Stąd dojechałam kawałek przed Xativę, gdzie mój marokański znajomy oznajmił mi łamaną franszczyzną z hiszpańskim, że teraz mogę się przespać i ruszamy dalej za 9 h (czyli o 1 w nocy), bo skończył mu się czas pracy. Hahaha, a to dobre! Mowy nie ma- chcę do domu. Wypiłam z nim herbatę, która tak bardzo mi smakowała i zawinęłam się na stacje benzynową.
Byłam tak rozbawiona przez Marokańczyka, że pierwsze auto, które wyjeżdżało ze stacji się zatrzymało. Koleś wyjrzał ze sportowego golfa V i zapytał tylko, czy jestem sama. W 45 min byłam w Walencji. A w dodatku całą drogę poprawiał moje błędy językowe, za co jestem mu bardzo wdzięczna.
Do centrum dojechałam autobusem 180 za 1,45 euro już nieco zmęczona. Aktualnie pisze z placu królowej po krótkim błądzeniu już w Walencji. xD
500 km, 11h, 6 kierowców + autobus. Droga zabrała mi cały dzień. Pierwszy raz nie byłam na zajęciach, ale uważam, że się opłacało, tym bardziej, że chciałabym część z nich zmienić! Ponadto miałam plan, aby po Erasmusie gadać po Hiszpańsku, a przez ten weekend już gadam! Rozumiem z 60-80% średnio, pod warunkiem, że rozmówca mówi po kastylijsku. Odpowiadam trochę się zacinając, ale jeśli przez 4 dni zrobiłam takie kolosalne postępy, że mogę mówić, co myślę, a nawet żartować... Chcę umieć mówić jak rodowita hiszpanka i po prostu to zrobię! Czas operacyjny: 12 m-cy. :)
Olę razem z jej 3 najbliższymi Erasmuskami na dworzec skąd jedzie autobusem do Madrytu. Łzy, uściski... Ech, mnie też to czeka za kilka miesięcy... Jej, jak sobie pomyślę ile podczas tego semestru się może pozmieniać...
Przeszłam najdalej jak mogłam za Granadę, do drogi wylotowej. Jest to miasto, które możemy powiedzieć, ma rozległe obrzeża, więc szłam z dworca, który już w centrum nie jest, ponad godzinę. Aby tego było mało lał deszcz. Po 45 min marszu przemokły mi buty, a spodnie i rękawy kurtki ściekały wodą... Autostopu mi się zachciało, xoder! Czekam 15 min i nikt nie chce się zatrzymać.. Więc idę do przodu poszukać innego miejsca. Zajęło mi to koleje pół godziny. Obiecuje sobie, że to ostatni raz z tym autostopem.
Pierwsze auto zatrzymało się po 15 min, podwiozła mnie Pani do najbliższej większej krzyżówki- ok 2 km... Podeszłam pod górkę i zaczaiłam się na kolejnego kierowcę, który zatrzymał się po ok 10 min. Niestety znów podwiózł mnie tylko ok 5 km do krzyżówki z autostradą.
No nic... Wspięłam się na zjazd autostrady i przy zjeździe machałam, aby się ktoś zatrzymał i taką mokrą kurę zabrał. Po 10 min zatrzymał się koleś, który jechał do Armenii (miejscowość nadmorska na południe od mojej A-92). Podwiózł mnie ok 50 km do Guadix. Autostrada w pobliżu tego miasta jest położona na wysokości powyżej 1300 m.n.p.m., więc zastał nas... śnieg. Na centymetr śniegu, który spadł, jechała nawet odśnieżarka! Koleś mówił czystym kastylijskim hiszpańskim, więc coś nawet rozumiałam i ucięliśmy sobie miła rozmowę o górach.
W Gaudix zrobiłam sobie przerwę- wysuszyłam się trochę pod suszarka do rąk i ruszyłam dalej w drogę. Tym razem z Andaluzyjczykiem, więc rozmowa nie szła tak gładko, ale o dziwo dużo lepiej niż w piątek. Jestem z siebie dumna- tak jak mówiła Ola, dwa dni gadania po hiszpańsku i są postępy. Andaluzyjczyk podwiózł mnie szybciorem kolejnych 60 km do Bazy i tu już uparłam się, aby złapać bezpośrednią ciężarówkę. Miałam dość przesiadek- byłam mokra, zmarznięta, ale szczęśliwa, że jestem coraz bliżej domu.
Przedostatnim kierowcą był przewesoły Marokańczyk- Mustafa, kierowca canones, czyli owej ciężarówki. Nauczył mnie trochę słówek arabskich, piłam marokańską herbatę, jadłam marokański chleb i słuchałam ichniejszej muzyki- nawet dostałam płytę do posłuchania na potem. Fantastico! Problemem był jego kolega, który jechał drugą ciężarówką. Kolega z zepsutej ciężarówki powodował częste postoje na dolewanie wody... Stąd dojechałam kawałek przed Xativę, gdzie mój marokański znajomy oznajmił mi łamaną franszczyzną z hiszpańskim, że teraz mogę się przespać i ruszamy dalej za 9 h (czyli o 1 w nocy), bo skończył mu się czas pracy. Hahaha, a to dobre! Mowy nie ma- chcę do domu. Wypiłam z nim herbatę, która tak bardzo mi smakowała i zawinęłam się na stacje benzynową.
Byłam tak rozbawiona przez Marokańczyka, że pierwsze auto, które wyjeżdżało ze stacji się zatrzymało. Koleś wyjrzał ze sportowego golfa V i zapytał tylko, czy jestem sama. W 45 min byłam w Walencji. A w dodatku całą drogę poprawiał moje błędy językowe, za co jestem mu bardzo wdzięczna.
Do centrum dojechałam autobusem 180 za 1,45 euro już nieco zmęczona. Aktualnie pisze z placu królowej po krótkim błądzeniu już w Walencji. xD
500 km, 11h, 6 kierowców + autobus. Droga zabrała mi cały dzień. Pierwszy raz nie byłam na zajęciach, ale uważam, że się opłacało, tym bardziej, że chciałabym część z nich zmienić! Ponadto miałam plan, aby po Erasmusie gadać po Hiszpańsku, a przez ten weekend już gadam! Rozumiem z 60-80% średnio, pod warunkiem, że rozmówca mówi po kastylijsku. Odpowiadam trochę się zacinając, ale jeśli przez 4 dni zrobiłam takie kolosalne postępy, że mogę mówić, co myślę, a nawet żartować... Chcę umieć mówić jak rodowita hiszpanka i po prostu to zrobię! Czas operacyjny: 12 m-cy. :)
niedziela, 23 lutego 2014
02.22/23 W Granadzie poczułam ducha Erasmusa- dzięki Oli
Wczoraj zwiedziłam dzięki Oli piękną Granadę. Najpiękniejszą wizytówką tego miasta jest pałac Alhambra. Moja przyjaciółka, prowadząc mnie na taras widokowy San Nikolas, zakryła mi oczy, abym za szybko nie zobaczyła tego pięknego widoku. I faktycznie panorama zapiera dech w piersiach.
Zwiedziłyśmy też dzielniczkę arabską Albaycin, gdzie można kupić absolutnie wszystko- od przypraw, przez pamiątki, do ciuchów (też dziecięcych szarawarów). Spotkałyśmy się z wieloma Erasmusami i studentami Uniwersytetu w Granadzie. Dzień rozpoczęłyśmy od zainicjowanego przez mentorkę śniadania w kawiarni.
Dzięki tym spotkaniom, na których wszyscy mówili po hiszpańsku, postanowiłam sobie zmienić mój plan zajęć. Po pierwsze, dobrać chociaż jedne zajęcia po hiszpańsku i po drugie pójść na kataloński. Nauka hiszpańskiego na zajęciach z audiowizualizacji może być mega ciekawa... ale kataloński pokrywa mi się z innymi zajęciami… no zobaczymy. Skoro o planach mowa, to mam i plany na przyszłe podróże- pożyczyć snowboard, wleźć na Sierra Nevada i... zjechać z ponad 3000 m n.p.m. Może to zabrać weekend- dla mnie bomba. Bilet z Granady kosztuje 9 euro, aby mieć dobry start w góry.
A dziś (23.02) rano wyruszyliśmy autobusem za 6,12 euro do Motrilu, gdzie mieszkają rodzice jednej ze studentek- Ester. Jest to miejscowość położona na południe od Granady. Podróż trwała 1h, a górskie widoki były ucztą dla wzroku. Wizytę rozpoczęłyśmy od śniadania- churrosy z czekoladą na gorąco. Pierwszy raz spróbowałam tych tradycyjnych słodyczy, prze-py-szne! To trochę jakby ciasto z racuchów wypuszczać przez rękaw cukierniczy do dekorowania- czyli długi glut, który smaży się na głębokim oleju.
Następnie maczamy w czekoladzie, albo posypujemy cukrem i hiszpański rarytas gotowy. :) Następnie pojechaliśmy nad morze. Silny wiatr, piękne słońce, wysokie fale.... Kitesurfingowcy mieli dzisiaj frajdę. Zapatrzyłam się jak skakali na falach- to taki snowboard, tyle, że ze spadochronem.... Kurs 3h z wypożyczeniem całego sprzętu kosztuje 75 euro, więc jeśli odłożę pieniądze na pewno chciałabym tu wrócić w celu okiełznania „kitu”.
Po godzinnym spacerze pojechaliśmy ku ostatecznemu przeznaczeniu- obiad w domu Ester. Pomogliśmy w przygotowaniach kurczaka zapiekanego z ziemniakami. Cały dzień osłuchiwałam się z hiszpańskim, więc już po obiedzie zaczęłam coś rozumieć. Jeszcze rodzina Ester zaprosiła nas na podwieczorek- słodziutki ryż w mleku o konsystencji flanu (budyniu) oraz tarta z jabłek. Mniam!
Dzięki temu wyjazdowi dotarło do mnie ile tracę ograniczając się do angielskiego i szukając polskiego wokół siebie. Postanowiłam zmienić swoje przedmioty i zacząć więcej spanglishować, aby w końcu dojść do spanisha.
Zasady porządnego Erasmusa:
1. Mówić w lokalnym języku
2. Uczyć się lokalnego języka i kultury
3. Jeść tradycyjne potrawy
4. Studiować w lokalnym języku
5. Podróżować!!! Wszędzie i ze wszystkimi
6. Spotykać się na tapasy z innymi studentami
7. Zapraszać innych studentów na kolacje
Zwiedziłyśmy też dzielniczkę arabską Albaycin, gdzie można kupić absolutnie wszystko- od przypraw, przez pamiątki, do ciuchów (też dziecięcych szarawarów). Spotkałyśmy się z wieloma Erasmusami i studentami Uniwersytetu w Granadzie. Dzień rozpoczęłyśmy od zainicjowanego przez mentorkę śniadania w kawiarni.

Dzięki tym spotkaniom, na których wszyscy mówili po hiszpańsku, postanowiłam sobie zmienić mój plan zajęć. Po pierwsze, dobrać chociaż jedne zajęcia po hiszpańsku i po drugie pójść na kataloński. Nauka hiszpańskiego na zajęciach z audiowizualizacji może być mega ciekawa... ale kataloński pokrywa mi się z innymi zajęciami… no zobaczymy. Skoro o planach mowa, to mam i plany na przyszłe podróże- pożyczyć snowboard, wleźć na Sierra Nevada i... zjechać z ponad 3000 m n.p.m. Może to zabrać weekend- dla mnie bomba. Bilet z Granady kosztuje 9 euro, aby mieć dobry start w góry.
A dziś (23.02) rano wyruszyliśmy autobusem za 6,12 euro do Motrilu, gdzie mieszkają rodzice jednej ze studentek- Ester. Jest to miejscowość położona na południe od Granady. Podróż trwała 1h, a górskie widoki były ucztą dla wzroku. Wizytę rozpoczęłyśmy od śniadania- churrosy z czekoladą na gorąco. Pierwszy raz spróbowałam tych tradycyjnych słodyczy, prze-py-szne! To trochę jakby ciasto z racuchów wypuszczać przez rękaw cukierniczy do dekorowania- czyli długi glut, który smaży się na głębokim oleju.
Następnie maczamy w czekoladzie, albo posypujemy cukrem i hiszpański rarytas gotowy. :) Następnie pojechaliśmy nad morze. Silny wiatr, piękne słońce, wysokie fale.... Kitesurfingowcy mieli dzisiaj frajdę. Zapatrzyłam się jak skakali na falach- to taki snowboard, tyle, że ze spadochronem.... Kurs 3h z wypożyczeniem całego sprzętu kosztuje 75 euro, więc jeśli odłożę pieniądze na pewno chciałabym tu wrócić w celu okiełznania „kitu”.
Po godzinnym spacerze pojechaliśmy ku ostatecznemu przeznaczeniu- obiad w domu Ester. Pomogliśmy w przygotowaniach kurczaka zapiekanego z ziemniakami. Cały dzień osłuchiwałam się z hiszpańskim, więc już po obiedzie zaczęłam coś rozumieć. Jeszcze rodzina Ester zaprosiła nas na podwieczorek- słodziutki ryż w mleku o konsystencji flanu (budyniu) oraz tarta z jabłek. Mniam!
Dzięki temu wyjazdowi dotarło do mnie ile tracę ograniczając się do angielskiego i szukając polskiego wokół siebie. Postanowiłam zmienić swoje przedmioty i zacząć więcej spanglishować, aby w końcu dojść do spanisha.
Zasady porządnego Erasmusa:
1. Mówić w lokalnym języku
2. Uczyć się lokalnego języka i kultury
3. Jeść tradycyjne potrawy
4. Studiować w lokalnym języku
5. Podróżować!!! Wszędzie i ze wszystkimi
6. Spotykać się na tapasy z innymi studentami
7. Zapraszać innych studentów na kolacje
piątek, 21 lutego 2014
02.21 500 km, 8 h, 4 auta i jest szczęście
Po
zajęciach przez 2 h szukałam dobrej mapy samochodowej i gazu pieprzowego. W
Walencji mapy można kupić w każdym kiosku na każdym rogu, ale mapę Hiszpanii z
numeracją dróg... Mhm... Dorwałam ją w końcu na Plaza del Ayuntamiento.
Natomiast gaz pieprzowy to rzecz prawie niemożliwa do kupienia. Po pierwsze-
jeśli ma się skończone 18 lat, każdy może go kupić (pytałam w Armii Narodowej i
nie trzeba dodatkowych zezwoleń), po drugie można go dostać tylko w sklepie z
bronią. Nim się tego wywiedziałam była już siesta, więc kupiłam tylko jakiś
mały dezodorant- też podrażnia oczy, nie? I ruszyłam na południe miasta.
Co
ciekawe, kiedy łapie się stopa bardzo ważne jest miejsce gdzie się stoi. Musi
być dość miejsca, aby auto mogło się spokojnie zatrzymać. No i właśnie, Walencja
kończy się... niespodziewanie. Miałam problem z miejscówką, ponieważ zaraz za
blokami zaczyna się autostrada, ale szczęśliwie zatrzymało się auto raptem po 5
min. machania. Zatrzymał się przesympatyczny starszy pan z 7 letnim synem.
Jechał tylko do Xativy (ok. 50 km), ale jak usłyszał, że mam stracha, że
pierwszy raz jadę tak daleko i sama i kiepsko mówię po hiszpańsku i jadę do
przyjaciółki to wziął mnie pod swoje skrzydła. Pojechał ze 20 km dalej, do
knajpy gdzie zatrzymują się kierowcy ciężarówek. Pogadał z jednym z nich i okazało
się, że jedzie 100 km przed Granadę- do Bazy, więc się z nim zabrałam. Dał nam
na drogę kosz słodziutkich pomarańczy i wgle bardzo przejęty jeszcze mi euro
wciskał, ale oczywiście odmówiłam. xD Wymieniliśmy się nr tel., aby pokazał mi
pobliskie góry, którymi się zachwycałam po drodze.
Póki
co jest radość. Kierowca ciężarówki rusza za ok. 20 min i kupił mi espresso. xD
Jak mu sie skończy czas jazdy to zagada z innymi kierowcami, aby mnie zabrali,
więc jest widok na ładna drogę, przez góry, do Granady... do Oli.
02.21 Autostopem do... ;-)
Dryń,
dryń… Jedno oko, drugie oko.... Dryń, dryń.. Aaa, to dzisiaj! Szybko wyskoczyłam
z łóżka, przeciągnęłam się tylko i myk- prysznic, śniadanie, pakowanie plecaka,
szykowanie jedzenia na drogę... Może z tym jedzeniem to trochę przesadziłam,
ale kto wie co czeka mnie w drodze. :-D Już się nie mogę doczekać! Po zajęciach
lecę kupić mapę samochodową i gaz pieprzowy no i w drogę... Autostopem!
Gdzie?
O tym dalej :-)
P.S.
Od dzisiaj staram się pisać posty na telefonie- będę go miała ze sobą w każdej
podróży i będę mogła opisywać Wam moje przygody na bieżąco. :)
02.20 Pierogi fiesta
Dzień
zaczął się ciężko- ach ta grawitacja, ale zajęcia na 8:30 motywują do
zwleczenia się z łóżka. :) Czym prędzej pogalopowałam na rumaku na uczelnię. Jazda
rowerem rano jest czystym dobrem, tak dobrze się wówczas czuję!
Co
mnie dzisiaj czeka- organizacja, powrót do domu, kurs hiszpańskiego i... impreza
pierogowa, plan doskonały! Będzie i czas na Sherlocka. :D
Impreza
pierogowa była i międzynarodowa i smaczna i do pośpiewania i do pogadania i to
we wszystkich 3 językach i nawet do potańczenia. Po 21 impreza przeniosła się
na balkon, więc i sąsiedzi mieli okazję się pobawić.
Wróciłam
do domu ok. 23 aby obmyślić mój chytry plan na jutro... :)
środa, 19 lutego 2014
02.13 Czwartek- słoneczne plany
Jak mi się nie chce wstaaaaaaać. Iść spać o 3, wstać o
7 to tragedia… ale termofor jest jeszcze ciepły.
O 12 byłam już
po zajęciach na uczelni. Wypłaciłam pieniądze dzień wcześniej, więc mogłam
wybrać się na zakupy. Reasumuję prowizje różnych
baków: 9 zł bankia, 9,80 santender i 52 zł Sabadell, niestety. Kupiłam, więc mój zeszyt do wszystkiego z radością, że oto od
teraz będę już ogarniać. Wiecie, że herbata kosztuje w Mercadonie raptem 0,45?
Natomiast kaszy ni widu ni słychu. Same
makarony i ryże. Poszukam polskiego sklepu, o którym mówiła Natalia.
Jest
piękna pogoda, więc i humor mam lepszy. Kaaawaaa z czekoladą, cynamonem i
miodem na tarasie podczas pisania pracy domowej z organizacji to wyśmienity
pomysł. Aktualnie o 18:45 zachodzi u mnie słońce.

Wieczorem przyszły do mnie muzy i urządziłyśmy sobie pogaduch.
Obgadałyśmy wyjazd stopem do Alicante z nocleg couchsurfingowym, do Xantivy, wycieczkę rowerową do Albufery- jeziorko w pobliżu Walencji. Podobno sprzedają tam najlepszą i świeżutką paellę. Koniecznie chciałabym jej spróbować. Właściwie to mam nadzieję, że co piątek od po zajęciach do niedzieli wieczór w Walencji mnie więcej nie będzie. Tylko jeszcze kupię rower i mogę czuć się wolna jak ptak xD
P.S.

Wieczorem przyszły do mnie muzy i urządziłyśmy sobie pogaduch.
Obgadałyśmy wyjazd stopem do Alicante z nocleg couchsurfingowym, do Xantivy, wycieczkę rowerową do Albufery- jeziorko w pobliżu Walencji. Podobno sprzedają tam najlepszą i świeżutką paellę. Koniecznie chciałabym jej spróbować. Właściwie to mam nadzieję, że co piątek od po zajęciach do niedzieli wieczór w Walencji mnie więcej nie będzie. Tylko jeszcze kupię rower i mogę czuć się wolna jak ptak xD
P.S.
Na fb jest
wydarzenie- impreza światła drogowe. Głupia, ale trzeba przyznać mieli pomysł,
chociaż dla mnie nie do przyjęcia. Na wejściu masz 4 kolory bransoletek:
biały- nie biorę udziału w zabawie;
czerwony- jestem zajęty, szukam znajomych;
żółty- to skomplikowane, szukam seksu;
zielone- jestem sam i chcę i seksu i wszystkiego.
biały- nie biorę udziału w zabawie;
czerwony- jestem zajęty, szukam znajomych;
żółty- to skomplikowane, szukam seksu;
zielone- jestem sam i chcę i seksu i wszystkiego.
Inna impreza w opisie ma coś w stylu pójdź na plażę, kąp się nago, oglądaj wschód słońca, wróć z kimś miłym do domu!
Pojechane, co? xD
02.12 Środa- 3 muzy i mondaditosy
Hola todos!
Que tall? Para mí, está bien. Estoy
un poco enfermo… pero entiende, tengo que vivir :)
Jestem
chora. Psychicznie- z tęsknoty i niezadowolenia. Ale skoro niezadowolenie mija
dzięki nowopoznanym Erasmusom i rozkręcającej się atmosferze w której każdy coś
znajdzie dla siebie to czuję, że będzie lepiej każdego dnia! :)
Rano zwlekałam
się z łóżka niechętnie po 8 godzinach snu (rzadko tyle tu śpię). Środa to
jedyny dzień, kiedy zaczynam później zajęcia. Później to znaczy o 10.30. A i
tak tym razem mam test poziomu hiszpańskiego w szkole językowej na godzinę 10.
Muszę zapłacić jeszcze 5 euro, zdzierstwo jak na instytucję uniwersytetu!
Szybki rekonesans lodówki. Mam do wyboru- płatki albo sałatkę z
przedwczorajszym chlebem. Wybieram to drugie, bo kiedyś to trzeba zjeść.... Nim
się orientuję jest dawno po czasie, kiedy miałam wyjść. Do szkoły językowej
docieram o 10:25, przekładam test na 17 (13-17 jest zamknięte- wiecie, siesta i
te sprawy) i pędzę na wydział, bo za pięć minut zaczynam ćwiczenio- wykład. W
Hiszpanii zajęcia są właściwie takimi ćwiczeniami, bo działamy w grupach do 30
os. Teraz czeka mnie psychologia pamięci- to te najbardziej porywające ze
zmieniającym się językiem. Zajęcia przesiedziałam z Zygfrydem (komputer)
uruchamiając dysk od Diogo, aby zgrać polecony przez niego serial- Arrow. Pani
Pilar nie zauważyła pewnie, miedzy prowadzeniem zajęć po ang, odpowiadaniem na
pytania po hiszpańsku i uwaga- pokazywaniu testu pamięci oczywiście po
hiszpańsku, że mało który Erasmus jej słucha. Ale też jak mam słuchać, skoro
ona do mnie po hiszpańsku? A na prośbę Jess (Australijka), aby przetłumaczyła
instrukcję do testu na ang odpowiedziała, że po zajęciach możemy sobie
sprawdzić tłumaczenie w bibliotece. Pffff!! Zostawmy Pilar, ona jak ona, ale
ten dysk raz działa raz nie. Wczoraj mi upadł, może jednak coś mu się stało. I
panika gotowa. Napisałam do Bartka, Agaty i Hugo, co mam zrobić. Elektroniczne rzeczy wgle mnie nie słuchają ostatnio. Ostatecznie ze wszystkich opcji
zaczęłam od zmiany gniazda USB.... i zadziałało... Uffff.... to w końcu z 50 e
w kieszeni.... No dobra, to oddam mu ten dysk,
czym prędzej- umawiam się z nim po teście językowym.
O 13
rozpoczynają się cykliczne spotkania- Tandemy językowe. Studenci z Hiszpanii i
Erasmusi z naszego fakultetu psychologii przychodzą pogadać w innych językach,
podjeść darmowe żarcie i dobrze spędzić czas. Impreza była przednia.
Zapoczątkowała wiele pozytywnych zmian. Nasze językowe
spotkanie skończyło się o 14, bo przecież siesta- sprawa święta. xD Po spotkaniu gadamy z moimi 3 muzami,
czyli z Dianą, Karo i Patrycją, które poznałam wczoraj. Uwielbiam je. Bosko mi się z tymi dziewczynami spędza czas. Przegadałyśmy plany podróżnicze i ogólnie
studiowania tutaj. Mamy podobne pomysły, więc od teraz czuję, że w kupie siła.
Chcę z nimi podróżować, co weekend najlepiej! hahahaha, podbijemy Europę
zachodnią! :) W niedzielę mamy plan pojechać rowerami nad pobliskie jeziorko
właśnie rowerem. Nie mogłyśmy się rozstać, więc poszłam
z nimi na przedmiot zarządzanie informacją w psychologii- jest po hiszpańsku i jest
na komputerach. Nic nie rozumiałam. Ani pół słowa. Boże, jak dobrze, że mam
zajęcia po ang! Na jutro wieczór zaprosiłam je do siebie i zwinęłam się na test
z hiszpańskiego. Napisałam połowę, bo tylko tyle zdążyłam. Nie był skomplikowany,
ale widziałam swoje braki. Wiedziałam gdzie w notatkach mam to, o co pytają- tą
odmianę czy tą konstrukcję. Widziałam jak Miguel ją mówi, ale nie mogłam sobie
przypomnieć… To trochę frustrujące. Ale z drugiej strony wiem ile nie wiem.
Po teście
poszłam do Diogo z duszą na ramieniu. Czy dysk będzie działał pod jego
komputerem? Mieszka w samym centrum, tuż przy katedrze, ale skoro w centrum to oznacza
tryliard wąskich uliczek, więc oczywiście zabłądziłam. xD W mieszkaniu
podłączyliśmy dysk i działa! Hula! Hurra! Oddając dysk
Diogo uznałam, że chciałabym pójść na żarcie po 1 euro, o którym wszyscy trąbią.
Idziemy na imprezę? O kurcze,
powiedziałam to głośno? No to jak powiedziałam to idziemy. Droga w
jedną str zajęła nam 40 min pieszo, ale opłacało się
przejść całe miasto. Jedliśmy
małe, podłużne bułeczki z kurczakiem, sałata i majonezem, zestaw drugi- z
tuńczykiem i sosem cezara oraz najlepsze z ciemnego pieczywa z nutellą i
m&m’sami... o gaddd, pyszne!!! W pon są po 0.5 euro, a w śr wszystko,
włącznie z napojami, chodzi po 1 euro. Ach! Będę tu częstym gościem.
Od niedzieli
wszystko się pozmieniało, świat stał się lepszy. Może i zdrowie wróci do normy?
:)
02.11 Wtorek- chora na lajcie
Wyjątkowe w
tym dniu było spotkanie dla Erasmusów z fakultetu. Niestety były to nudy i
jeszcze po hiszpańsku. Ale po kolei. Wchodzę na spotkanie, jest z 20 osób na tym spotkaniu.
Siadam koło 3 sympatycznie wyglądających lasek- z psychologii są same laski. Zaczynam
rozmowę standardowo.
-Skąd jesteście?
Odpowiedź trochę mnie zaskakuje. - Z Polski, a ty?
- No ja też, to może po polsku pohablarzymy?
Po chwili śmiechu odpowiedziały.
- Aaaa, to ty piszesz bloga?
Totalnie mnie szokują. Skonsternowana niepewnie odpowiadam.
- No tak, piszę bloga.
- Zainspirowałaś nas. Wgle po jego przeczytaniu zaczęłyśmy się zastanawiać czy z nami wszystko w porządku, bo miałyśmy więcej problemów.
- Mówicie o Obłąkanym blogu na pewno?
- No tak!
- Ach... Nie wiedziałam, że tyle osób go czyta xD
I tak oto poznałam 3 super laski z Polski- Karo, Dianę
i Patrycję. Planujemy już wspólne
podróże, również rowerowe. Dlatego już kupiłam zapinanie do roweru, aby
zmotywować się do kupna tego pojazdu. W niedziele pod areną jest czarny rynek
to może coś wówczas upoluję do 50 euro (ale zapinanie za 14 euro mam nadzieje
zabezpieczy mnie przed ponowna kradzieżą xD). Jak się potem
okazało, chłopak Patrycji to mój znajomy z gimnazjum, którego od lat nie
widziałam, ale on widział post o blogu na fb i jej podesłał.
Co więcej? W mieszkaniu mamy zimno i dlatego kupiłam
również termofor w krowie łaty. Kocham go i nie zamierzam spędzić ani jednej
nocy więcej bez niego xD Dzień skończyłam testując go i
grzejąc się łóżku z Sherlockiem. Puk, puk, puk. YY, no wejdź Hugo, wejdź. A tu
się do pokoju zwalają Hugo, Agata i… Diogo! Ale fajnie! Wybierają się razem na
imprezę i wpadli zapytać, czy się z nimi wybieram… Nie no, pewnie, jak mnie
zaniesiecie. xD No to
dobra, to Diogo mi na pocieszenie zostawi nowy
serial- Arrow na dysku zewnętrznym. Czyli nawet życie chorego Erasmusa jest
wspaniałe… Żyć nie umierać, seriale oglądać, a nie spać!!!
02.10 Poniedziałek- apsik
Miałam taki ambitny plan: 7:00 pobudka, 10 pompek, 8.30-14.30 zajęcia, obiad- zrobię coś smacznego, siesta, 18:00 bieganie, nauka hiszpańskiego, piję dużooooo wody, a wieczorem pójdę na darmową paellę. Oczywiście, nie zrobiłam pompek xD i od rana się średnio czułam, więc plany skończyłam na sieście w łóżku śpiąc. To pewnie od tego wiatru, biegania wczorajszego, zimna, mało spania. Bolało mnie gardło, a to oznaczało, że na pewno się rozchoruję. Siedziałam więc w polarze pod kołdrą i kocem, ale wciąż było mi zimno... myślałam, że tak do 20 to wyzdrowieję… mogę Wam powiedzieć, co mnie ominęło- otóż ominęła mnie darmowa paella w klubie Sky i ominęła mnie darmowa, hiszpańska kolacja w Bocadilla (czy jakoś tak). Na szczęście, obie imprezy powtarzają się co tydzień, choć w innej tematyce, więc jakoś to przebolałam :P Cóż, w takim razie zabrałam się za 1 odcinek z 2 serii „Sherlock”. Był imponujący :). Może za ścianą przestaną się sąsiedzi już drzeć i da się spać…?
Dużo się tutaj dzieje, w ostatnim tygodniu tak dużo się pozmieniało. Czuję już przesyt Katalończyków i innych Hiszpanów, więc im nie odpisuję xD. W ogóle mam straszny przesyt informacji i tak skutecznie olewam niestety wszystko i wszystkich. Przepraszam mamo, przepraszam tato! Spływa do mnie miliard pięćset informacji każdego dnia- kursy językowe hiszpańskiego, katalońskiego, prace domowe, zmiany sal, co tam u mnie słychać (moje znienawidzone już pytanie xD)… pomocy!
Mam już pierwsze zapowiedziane wizyty- Bartek kupił bilety 12-21.03 i mama z Marcinem przyjadą w kwietniu. Nie mogę się doczekać :)
Z informacji dla podróżników: ruszyły połączenia z Łodzi Kaliskiej do lotniska na Modlinie ( więcej informacji http://www.modlinbus.pl/strony/page/rozklad-jazdy). Jeśli kupuje się bilet przez Internet jest za 9 zł, jeśli normalnie to za 44 zł. Przejazd trwa 2:45 h. Dla porównania Pkp kosztuje ok 30 zł i ma 2 przesiadki. Zapodaję też wyszperane tanie loty: wawa-bcn 12/17/26/28/31.03 za 173; 2/14.04/ za 141; 7/9.04 118 zł.
Tęsknie za gitarą http://www.youtube.com/watch?v=48v7qh6WvaQ i rowerem…. przyłożę się do tego biegania w takim razie, aby mieć kondycję i do picia więcej wody, co mogę już teraz mimo choróbska, apsik! Może od przyszłego tygodnia jednak zacznę biegać… xD
Mam od Was coraz więcej wsparcia dotyczącego prowadzenia bloga, za co bardzo dziękuję :)
Dużo się tutaj dzieje, w ostatnim tygodniu tak dużo się pozmieniało. Czuję już przesyt Katalończyków i innych Hiszpanów, więc im nie odpisuję xD. W ogóle mam straszny przesyt informacji i tak skutecznie olewam niestety wszystko i wszystkich. Przepraszam mamo, przepraszam tato! Spływa do mnie miliard pięćset informacji każdego dnia- kursy językowe hiszpańskiego, katalońskiego, prace domowe, zmiany sal, co tam u mnie słychać (moje znienawidzone już pytanie xD)… pomocy!
Mam już pierwsze zapowiedziane wizyty- Bartek kupił bilety 12-21.03 i mama z Marcinem przyjadą w kwietniu. Nie mogę się doczekać :)
Z informacji dla podróżników: ruszyły połączenia z Łodzi Kaliskiej do lotniska na Modlinie ( więcej informacji http://www.modlinbus.pl/strony/page/rozklad-jazdy). Jeśli kupuje się bilet przez Internet jest za 9 zł, jeśli normalnie to za 44 zł. Przejazd trwa 2:45 h. Dla porównania Pkp kosztuje ok 30 zł i ma 2 przesiadki. Zapodaję też wyszperane tanie loty: wawa-bcn 12/17/26/28/31.03 za 173; 2/14.04/ za 141; 7/9.04 118 zł.
Tęsknie za gitarą http://www.youtube.com/watch?v=48v7qh6WvaQ i rowerem…. przyłożę się do tego biegania w takim razie, aby mieć kondycję i do picia więcej wody, co mogę już teraz mimo choróbska, apsik! Może od przyszłego tygodnia jednak zacznę biegać… xD
Mam od Was coraz więcej wsparcia dotyczącego prowadzenia bloga, za co bardzo dziękuję :)
Rzecz o przedmiotach w tym semestrze
W tym tygodniu byłam w końcu na wszystkich zajęciach, więc chcę się z Wami podzielić informacjami o nich. Przedmiotów mam w sumie pięć, tak jak wcześniej pisałam, w tej kwestii na szczęście nic się nie zmieniło. Miałam w sumie 10 przedmiotów po angielsku do wyboru, więc nie jest to oszałamiający wybór... W sumie studiuje się nienajłatwiej, chociaż udało mi się wpisać na anglojęzyczne przedmioty. Jest wyzwanie. :)
Psychologię fizjologii bardzo lubię. Prowadzi ją facet- Matias, który ma może ze 30 lat, interesuje się neuropsychologią, więc podziwiam jego wiedzę. Ma dziewczynę z Polski (która aktualnie pracuje w Anglii) i w ogóle są światowi. Nawet chwalił się kilkoma słowami, jakie zna po polsku. xD Po angielsku mówi średnio, ale widać, że się zna i nie mogę narzekać, bo ja też trochę się znam, a nie hulam językowo, więc tego, no powiem Wam, że ten przedmiot bardzo lubię. Materiał juz znam, ale po angielsku i tak stanowi wyzwanie. Ostatnie zajęcia były o synestezji.
Drugi przedmiot to psychologia emocji i motywacji. Kobitka nie hula po angielsku, ale się stara. Chce prowadzić nas za rączkę przez materiał, ale przez to traktuje nas trochę jak przedszkolaków. Po polsku był nudny, a po ang jest... jeszcze bardziej nudny. W ogóle ta babeczka, Sandra, działa w biurze Erasmusowym. Po tym jak nam przyrównała program kursu do żyrafy, chyba przestałam dalej słuchać. Wiem jaką książkę mam zdobyć, więc pocisnę od tej strony.
Trzeci przedmiot to psychologia życia. W sumie kobitka- Carmen mówi dobrze po ang. Dużo jest pracy w dwójkach. Coś a’la rozmowa psychologiczna. Ja działam z Antonim, rodowitym Walencjaninem. Super nam się gada. On jest na 1 roku, gra na gitarze i sporo mi opowiada o Walencji i Hiszpanii. Raz zadając jakieś pytanie nazwałam go Antonio to cała sala buchnęła śmiechem- bo to po hiszpańsku, a nie walencjańsku, nie? ;P Mimo wszystko sam przedmiot średnio mi się podoba, ale skoro już tak dużo z Antonio napisaliśmy, to nie zamierzam go zmieniać. Chociaż nadal nie wiem właściwie o czym jest xD Przypuszczam z programu, że będziemy mówić o dorosłości i starzeniu się, ale kiedy w końcu skończy się wstęp… Zrozumiałam, ze to połączenie naszej rozmowy psychologicznej i rozwojówki właściwie...
Czwarty przedmiot to psych pamięci, o której juz pisałam. Rozmawiałam z moją mentorka- Mar i powiedziała, że Pilar jest mega nudna i tak właśnie jest. W dodatku mówi trochę po ang z silnym akcentem hiszpańskim, trochę po hiszpańsku. Ostatnio puściła nam film na całe zajęcia o mężczyźnie z pamięcią 7 sekundową- oczywiście po hiszpańsku, co z tego ze na youtubie jest po angielsku, ona nam puści po hiszpańsku i jeszcze daje za zadanie wynotować najważniejsze informacje. Jeszcze ja jak ja, coś tam po hiszpańsku dukam. Ale wielu Erasmusów umie tylko podstawowe zwroty... A na kolejnych zajęciach kobitka dala nam test pamięci do zrobienia w trakcie zajęć- po hiszpańsku of kors. I nie tak, że na kartce, że mogę sobie spokojnie, w swoim tempie przetłumaczyć i odpowiedzieć. O nie nie. Na slajdach były obrazki i instrukcje czytała... wiec jak zapytaliśmy czy może nam przetłumaczyć, odpowiedziała, że możemy sobie iść do biblioteki, bo tam jest w wersji angielskiej... To nie mogła się po nią pofatygować? Ugh!
No i ostatni przedmiot jest chyba moim drugim ulubionym po fizjologii- organizacja. Koleś jest ogarnięty, koło 40. Co tydzień zadaje nam prace domowe, więc wymusza na nas tym samym systematyczność i sprawdzanie słownictwa. Dobrze, jak na Hiszpana, mówi po ang. Musicie wiedzieć, ze Hiszpanie strasznie kaleczą angielski. Nie wymawiają poprawnie słów, stosują dalej hiszpański akcent, czasem, mimo, że mają bogate słownictwo, to nie można ich po prostu zrozumieć.
Jednak ogólnie trafiłam super. Mało kto ma wszystkie zajęcia po angielsku. Mało kto ma wszystkie przedmioty faktycznie związane z psychologią. A ja mam rzutem na taśmę załatwione na ostatnią chwilę wszystkie pięć i psychologicznych, i po angielsku. Ogólnie powinnam skakać ze szczęścia, że mam takie przedmioty. Może zacznę przy okazji sesji i wytężonej nauki. xD
Bałam się trochę, że koordynatorka z mojego wydziału nie zaliczy mi tych przedmiotów skoro miałam podobne. Jednak mój Uniwersytet podchodzi do tematu lajtowo. Pani ze zrozumieniem uznała, że na pewno odkryję nowe rzeczy, nawet studiując stare przedmioty, ponieważ sposób prowadzenia zajęć jest autorski, a w dodatku poznam język danej dziedziny. Co ciekawe dziewczyny z Uniwersytetu we Wrocławiu mają większe problemy z uzgodnieniem Learning Agreement i muszą studiować po hiszpańsku...
Psychologię fizjologii bardzo lubię. Prowadzi ją facet- Matias, który ma może ze 30 lat, interesuje się neuropsychologią, więc podziwiam jego wiedzę. Ma dziewczynę z Polski (która aktualnie pracuje w Anglii) i w ogóle są światowi. Nawet chwalił się kilkoma słowami, jakie zna po polsku. xD Po angielsku mówi średnio, ale widać, że się zna i nie mogę narzekać, bo ja też trochę się znam, a nie hulam językowo, więc tego, no powiem Wam, że ten przedmiot bardzo lubię. Materiał juz znam, ale po angielsku i tak stanowi wyzwanie. Ostatnie zajęcia były o synestezji.
Drugi przedmiot to psychologia emocji i motywacji. Kobitka nie hula po angielsku, ale się stara. Chce prowadzić nas za rączkę przez materiał, ale przez to traktuje nas trochę jak przedszkolaków. Po polsku był nudny, a po ang jest... jeszcze bardziej nudny. W ogóle ta babeczka, Sandra, działa w biurze Erasmusowym. Po tym jak nam przyrównała program kursu do żyrafy, chyba przestałam dalej słuchać. Wiem jaką książkę mam zdobyć, więc pocisnę od tej strony.
Trzeci przedmiot to psychologia życia. W sumie kobitka- Carmen mówi dobrze po ang. Dużo jest pracy w dwójkach. Coś a’la rozmowa psychologiczna. Ja działam z Antonim, rodowitym Walencjaninem. Super nam się gada. On jest na 1 roku, gra na gitarze i sporo mi opowiada o Walencji i Hiszpanii. Raz zadając jakieś pytanie nazwałam go Antonio to cała sala buchnęła śmiechem- bo to po hiszpańsku, a nie walencjańsku, nie? ;P Mimo wszystko sam przedmiot średnio mi się podoba, ale skoro już tak dużo z Antonio napisaliśmy, to nie zamierzam go zmieniać. Chociaż nadal nie wiem właściwie o czym jest xD Przypuszczam z programu, że będziemy mówić o dorosłości i starzeniu się, ale kiedy w końcu skończy się wstęp… Zrozumiałam, ze to połączenie naszej rozmowy psychologicznej i rozwojówki właściwie...
Czwarty przedmiot to psych pamięci, o której juz pisałam. Rozmawiałam z moją mentorka- Mar i powiedziała, że Pilar jest mega nudna i tak właśnie jest. W dodatku mówi trochę po ang z silnym akcentem hiszpańskim, trochę po hiszpańsku. Ostatnio puściła nam film na całe zajęcia o mężczyźnie z pamięcią 7 sekundową- oczywiście po hiszpańsku, co z tego ze na youtubie jest po angielsku, ona nam puści po hiszpańsku i jeszcze daje za zadanie wynotować najważniejsze informacje. Jeszcze ja jak ja, coś tam po hiszpańsku dukam. Ale wielu Erasmusów umie tylko podstawowe zwroty... A na kolejnych zajęciach kobitka dala nam test pamięci do zrobienia w trakcie zajęć- po hiszpańsku of kors. I nie tak, że na kartce, że mogę sobie spokojnie, w swoim tempie przetłumaczyć i odpowiedzieć. O nie nie. Na slajdach były obrazki i instrukcje czytała... wiec jak zapytaliśmy czy może nam przetłumaczyć, odpowiedziała, że możemy sobie iść do biblioteki, bo tam jest w wersji angielskiej... To nie mogła się po nią pofatygować? Ugh!
No i ostatni przedmiot jest chyba moim drugim ulubionym po fizjologii- organizacja. Koleś jest ogarnięty, koło 40. Co tydzień zadaje nam prace domowe, więc wymusza na nas tym samym systematyczność i sprawdzanie słownictwa. Dobrze, jak na Hiszpana, mówi po ang. Musicie wiedzieć, ze Hiszpanie strasznie kaleczą angielski. Nie wymawiają poprawnie słów, stosują dalej hiszpański akcent, czasem, mimo, że mają bogate słownictwo, to nie można ich po prostu zrozumieć.
Jednak ogólnie trafiłam super. Mało kto ma wszystkie zajęcia po angielsku. Mało kto ma wszystkie przedmioty faktycznie związane z psychologią. A ja mam rzutem na taśmę załatwione na ostatnią chwilę wszystkie pięć i psychologicznych, i po angielsku. Ogólnie powinnam skakać ze szczęścia, że mam takie przedmioty. Może zacznę przy okazji sesji i wytężonej nauki. xD
Bałam się trochę, że koordynatorka z mojego wydziału nie zaliczy mi tych przedmiotów skoro miałam podobne. Jednak mój Uniwersytet podchodzi do tematu lajtowo. Pani ze zrozumieniem uznała, że na pewno odkryję nowe rzeczy, nawet studiując stare przedmioty, ponieważ sposób prowadzenia zajęć jest autorski, a w dodatku poznam język danej dziedziny. Co ciekawe dziewczyny z Uniwersytetu we Wrocławiu mają większe problemy z uzgodnieniem Learning Agreement i muszą studiować po hiszpańsku...
O uczelni- Szczęśliwa studentka Facultat de Psicologia- Universitat de València
Mój wydział mieści się na Av Blasco Ibáñez, 21 w Walencji. Mam rzut beretem do
Centre d'Idiomes de la Universitat de València, gdzie w
środę zaczynają się już kursy hiszpańskiego dla Erasmusów. Kursy językowe w
Hiszpanii są drogie, to pewnie, dlatego niewielu Hiszpan zna angielski. Dla
Erasmusów przewidziana jest specjalna zniżka- 60 euro za semestr, zajęcia 4 h w
tygodniu. To cena jak w Polsce, więc bardzo, bardzo się opłaca.
Ogólnie Uniwerek ma 18 kierunków studiów, a fizycznie składa się z trzech kampusów. Dwa są w centrum- Blasco Ibanez i Tarongers, a trzeci Burjassot jest na totalnym zadupiu. Wśród budynków uniwersyteckich jest też ogród botaniczny i planetarium (na przedmieściach). Mam zamiar odwiedzić je na początku marca, jak już będę mieć rower i roślinki ładnie się obudzą. :)
Uniwersytet ma ciekawą historię. Podobno jest jednym z najstarszych zachowanych w Hiszpanii i najstarszym na terenie autonomii Walencji. Faktycznie np. budynek rektoratu wygląda olśniewająco. A teraz o uczelni w przestworzach Internetu.
Uczelniana strona internetowa dla głodnych większej ilości faktów: WWW.uv.es I po angielsku: http://www.uv.es/uvweb/college/en/university-valencia-1285845048380.html .
Aby znaleźć na stronie Uniwersytetu w Walencji spis wydziałów/przedmiotów/sylabusy/godziny zajęć i ogólnie ustalić Learning Agreement należy kliknąć Undergraduate Studies, Undergraduate Studies raz jeszcze i mamy spis wydziałów i kierunków na Uniwersytecie w Walencji. Aby zobaczyć konkretne przedmioty przejdźcie do zakładki Curriculum i kliknijcie check info. Zajęcia prowadzone są głownie po Hiszpańsku, ale też w języku Walenckim (odmiana Katalońskiego) i Angielskim. Chociaż dla mnie jest jeszcze czwarty język- Spanglish, którym posługują się Hiszpanie, którzy Angielskiego się uczą… w tym niestety też wykładowcy. :/ Nawet jeśli przedmiot w Internecie ma adnotację, że będzie w języku angielskim to nie zawsze jest prawda (właściwie rzadko kiedy). Zazwyczaj te adnotacje są nieaktualne, no ale cóż, czymś przy wyborze przedmiotów trzeba się kierować. Ja na miejscu zmieniłam moje LA całkowicie- tu nie było miejsc w grupie, tu nie są po ang, tu się pokrywają godziny, tych wcale nie będzie, bo się nie stworzyła grupa. Z przedmiotów, które wybierałam w Polsce mam dwa- psychologię pamięci i organizacji. W sumie mam 5 przedmiotów, każdy za 6 pktów. Można też zapisać się na kurs katalońskiego za 1,5 punktu i bezpłatnie, ale mnie niestety pokrywa się z godzinami zajęć na psychologii… słyszałam też o możliwości uczęszczania na zajęcia sportowe, ale szczerze mówiąc nie sprawdzałam tej informacji. Na pewno można napisać maila do os. odpowiedzialnych za sporty na uczelni. Zazwyczaj tutaj wszyscy szybko odpisują. Polecam wysyłać LA możliwie najwcześniej- wówczas będziecie mieć zarezerwowane miejsce w grupach zajęciowych, w jakich chcieliście…
Poza tym na całej uczelni jest wifi, login i hasło dostajecie po zaakceptowaniu na miejscu LA. Łączy Was w każdym kampusie automatycznie. Istotny jest też fakt, że jest mnóstwo komputerów (i skanerów) do użytku studentów- w specjalnie do tego przeznaczonych salach i w bibliotece. Co więcej możecie z nich korzystać na każdym wydziale- wystarczy się zalogować loginem i hasłem od koordynatora.
Ostatnia elektroniczna informacja to ich Aula Virtual czyli coś na kształt naszego USOSa. Loguje się tam
tym samym loginem i hasłem co do wifi. Jest tam skrzynka mailowa (https://correo.uv.es/) na którą dochodzą wiadomości od wykładowców o zmianach sal czy odwołanych zajęciach (!) oraz miejsce, w które wrzucane są wszelkie materiały z zajęć- slajdy, prace domowe, filmy do obejrzenia, książki do przeczytania. Panu Przemkowi- informatyk z instytutu psychologii w Łodzi poszłoby w pięty xD
Z rzeczy przydatnych w każdym fakultecie są mikrofalówki więc wielu studentów zabiera obiad w pudełku i odgrzewa na uczelni. Dla mnie- super rozwiązanie. Jest też stołówka, która oferuje posiłki- 1,5 za mondaditosa, a 5 euro za obiad- 2 dania, napój i deser. W budynku jest sporo miejsca przeznaczonego do pracy w grupach nad projektami.
Uniwersytet w Walencji co roku przyjmuje tysiące Erasmusów. Naprawdę sporo się nas tutaj kręci i sporo się dla nas też dzieje. Mają taką politykę, że zwiększając ilość studentów zagranicznych mają nadzieję namówić tutejszych studentów, aby też na Erasmusa wyjeżdżali i uczyli się języków. Metoda skutkuje. Spotkałam już sporo hiszpańskich studentów chwalących się gdzie byli lub gdzie na Erasmusa jechać będą. Z Polskich miast największą sympatią cieszy się Kraków.
Jest wiele społeczności dla Erasmusów. Jeszcze z Natalią polubiłam na fb wszystkie możliwe grupy i fanpage z nazwą Erasmus i Walencja. Ogólnie polecam dołączenie do wszelkich możliwych grup. Zapraszają Was potem na wszelkie wydarzenia i łatwiej jest coś dla siebie znaleźć mając informacje o wszystkim. :) Najważniejsze są oczywiście te imprezy z darmowym jedzeniem. Już nie tylko z tym lokalnym. Wiele knajp organizuje u siebie Tandemy, rabaty w konkretne dni itd. Warto o tym wszystkim wiedzieć. Jak liczę to należę do ponad 10 w sumie: Tandem Psicologia UV (polecam tę grupę, prężnie działają Tandemy i faktycznie przyjemnie się uczy hiszpańskiego w ten sposób), Erasmus Valencia 2013-2014, to samo tylko drukowanymi literami, to samo tylko po myślniku Official Erasmus Party Group, to samo, ale po myślniku 2nd semester, Valencia Language Exchange, Valencia Erasmus and Spanish Collect Group, Valencia social group for Erasmus itd.
I aby naocznie zobaczyć potencjał tego miasta jako cel Erasmusowej rzeczywistości polecam piosenkę Happy Pharrell Williams // We are from VALENCIA http://www.youtube.com/watch?v=YvBW9UTMNcE&feature=share
Powodzenia Erasmusowiczu! :)
Ogólnie Uniwerek ma 18 kierunków studiów, a fizycznie składa się z trzech kampusów. Dwa są w centrum- Blasco Ibanez i Tarongers, a trzeci Burjassot jest na totalnym zadupiu. Wśród budynków uniwersyteckich jest też ogród botaniczny i planetarium (na przedmieściach). Mam zamiar odwiedzić je na początku marca, jak już będę mieć rower i roślinki ładnie się obudzą. :)
Uniwersytet ma ciekawą historię. Podobno jest jednym z najstarszych zachowanych w Hiszpanii i najstarszym na terenie autonomii Walencji. Faktycznie np. budynek rektoratu wygląda olśniewająco.
Uczelniana strona internetowa dla głodnych większej ilości faktów: WWW.uv.es I po angielsku: http://www.uv.es/uvweb/college/en/university-valencia-1285845048380.html .
Aby znaleźć na stronie Uniwersytetu w Walencji spis wydziałów/przedmiotów/sylabusy/godziny zajęć i ogólnie ustalić Learning Agreement należy kliknąć Undergraduate Studies, Undergraduate Studies raz jeszcze i mamy spis wydziałów i kierunków na Uniwersytecie w Walencji. Aby zobaczyć konkretne przedmioty przejdźcie do zakładki Curriculum i kliknijcie check info. Zajęcia prowadzone są głownie po Hiszpańsku, ale też w języku Walenckim (odmiana Katalońskiego) i Angielskim. Chociaż dla mnie jest jeszcze czwarty język- Spanglish, którym posługują się Hiszpanie, którzy Angielskiego się uczą… w tym niestety też wykładowcy. :/ Nawet jeśli przedmiot w Internecie ma adnotację, że będzie w języku angielskim to nie zawsze jest prawda (właściwie rzadko kiedy). Zazwyczaj te adnotacje są nieaktualne, no ale cóż, czymś przy wyborze przedmiotów trzeba się kierować. Ja na miejscu zmieniłam moje LA całkowicie- tu nie było miejsc w grupie, tu nie są po ang, tu się pokrywają godziny, tych wcale nie będzie, bo się nie stworzyła grupa. Z przedmiotów, które wybierałam w Polsce mam dwa- psychologię pamięci i organizacji. W sumie mam 5 przedmiotów, każdy za 6 pktów. Można też zapisać się na kurs katalońskiego za 1,5 punktu i bezpłatnie, ale mnie niestety pokrywa się z godzinami zajęć na psychologii… słyszałam też o możliwości uczęszczania na zajęcia sportowe, ale szczerze mówiąc nie sprawdzałam tej informacji. Na pewno można napisać maila do os. odpowiedzialnych za sporty na uczelni. Zazwyczaj tutaj wszyscy szybko odpisują. Polecam wysyłać LA możliwie najwcześniej- wówczas będziecie mieć zarezerwowane miejsce w grupach zajęciowych, w jakich chcieliście…
Poza tym na całej uczelni jest wifi, login i hasło dostajecie po zaakceptowaniu na miejscu LA. Łączy Was w każdym kampusie automatycznie. Istotny jest też fakt, że jest mnóstwo komputerów (i skanerów) do użytku studentów- w specjalnie do tego przeznaczonych salach i w bibliotece. Co więcej możecie z nich korzystać na każdym wydziale- wystarczy się zalogować loginem i hasłem od koordynatora.
Ostatnia elektroniczna informacja to ich Aula Virtual czyli coś na kształt naszego USOSa. Loguje się tam
tym samym loginem i hasłem co do wifi. Jest tam skrzynka mailowa (https://correo.uv.es/) na którą dochodzą wiadomości od wykładowców o zmianach sal czy odwołanych zajęciach (!) oraz miejsce, w które wrzucane są wszelkie materiały z zajęć- slajdy, prace domowe, filmy do obejrzenia, książki do przeczytania. Panu Przemkowi- informatyk z instytutu psychologii w Łodzi poszłoby w pięty xD
Z rzeczy przydatnych w każdym fakultecie są mikrofalówki więc wielu studentów zabiera obiad w pudełku i odgrzewa na uczelni. Dla mnie- super rozwiązanie. Jest też stołówka, która oferuje posiłki- 1,5 za mondaditosa, a 5 euro za obiad- 2 dania, napój i deser. W budynku jest sporo miejsca przeznaczonego do pracy w grupach nad projektami.
Uniwersytet w Walencji co roku przyjmuje tysiące Erasmusów. Naprawdę sporo się nas tutaj kręci i sporo się dla nas też dzieje. Mają taką politykę, że zwiększając ilość studentów zagranicznych mają nadzieję namówić tutejszych studentów, aby też na Erasmusa wyjeżdżali i uczyli się języków. Metoda skutkuje. Spotkałam już sporo hiszpańskich studentów chwalących się gdzie byli lub gdzie na Erasmusa jechać będą. Z Polskich miast największą sympatią cieszy się Kraków.
Jest wiele społeczności dla Erasmusów. Jeszcze z Natalią polubiłam na fb wszystkie możliwe grupy i fanpage z nazwą Erasmus i Walencja. Ogólnie polecam dołączenie do wszelkich możliwych grup. Zapraszają Was potem na wszelkie wydarzenia i łatwiej jest coś dla siebie znaleźć mając informacje o wszystkim. :) Najważniejsze są oczywiście te imprezy z darmowym jedzeniem. Już nie tylko z tym lokalnym. Wiele knajp organizuje u siebie Tandemy, rabaty w konkretne dni itd. Warto o tym wszystkim wiedzieć. Jak liczę to należę do ponad 10 w sumie: Tandem Psicologia UV (polecam tę grupę, prężnie działają Tandemy i faktycznie przyjemnie się uczy hiszpańskiego w ten sposób), Erasmus Valencia 2013-2014, to samo tylko drukowanymi literami, to samo tylko po myślniku Official Erasmus Party Group, to samo, ale po myślniku 2nd semester, Valencia Language Exchange, Valencia Erasmus and Spanish Collect Group, Valencia social group for Erasmus itd.
I aby naocznie zobaczyć potencjał tego miasta jako cel Erasmusowej rzeczywistości polecam piosenkę Happy Pharrell Williams // We are from VALENCIA http://www.youtube.com/watch?v=YvBW9UTMNcE&feature=share
Powodzenia Erasmusowiczu! :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)










